Najgorsze nie jest leczenie. Najgorsze jest to, że system uważa, że czterolatek „da sobie radę”

Najgorszą kłodą pod nogi dla rodziców dzieci leczących się onkologicznie nie jest nawet sama choroba. To może zabrzmi okrutnie, ale z chorobą uczysz się żyć. Wchodzisz w rytm oddziału, znasz już zapach sali, wiesz, jak reaguje organizm dziecka na kolejną chemię.

 

Najgorsze jest to, co dzieje się obok – system, który zamiast wspierać, każe co chwilę udowadniać, że twoje dziecko naprawdę jest chore. Że naprawdę wymaga opieki. Że naprawdę nie jest samodzielne.

Najbardziej wykańcza moment, kiedy zbliża się koniec orzeczenia o niepełnosprawności. Zamiast skupić się na leczeniu, na wynikach, na tym, czy parametry krwi pozwolą wyjść do domu, zaczynasz myśleć o komisji. O papierach. O tym, co lekarz wpisze w rubryce „wymaga stałej opieki drugiej osoby”. Bo od tego zależy twoja codzienność – możliwość bycia z dzieckiem, zabezpieczenie finansowe, poczucie minimalnej stabilizacji. I nagle słyszysz, że kilkuletnie dziecko w trakcie leczenia „nie wymaga”. Jakby system naprawdę wierzył, że samo sobie poradzi z lekami, gorączką, strachem.

To jest ta kłoda, która potrafi podciąć nogi nawet najbardziej silnym rodzicom. Bo walczysz o życie dziecka, a jednocześnie musisz walczyć o oczywistości. Musisz tłumaczyć, że czterolatek nie jest w stanie sam egzystować. Musisz udowadniać, że twoja obecność to nie wybór, tylko konieczność. I w tym wszystkim najbardziej boli nie zmęczenie, nie brak snu, ale poczucie, że zamiast wsparcia dostajesz kolejną przeszkodę. Jakby ktoś dokładał ciężar do plecaka, który i tak już jest za ciężki.

 

 

 

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.