Zmęczona, ale obecna. O pracy, macierzyństwie i byciu wystarczającą

Są takie poranki, kiedy jeszcze zanim wstanę z łóżka, wiem, że to będzie trudny dzień. Plecy bolą tak, jakby ktoś w nocy położył na nich cały świat. Ale to nie ból fizyczny jest najcięższy. Najbardziej boli ta cicha presja, która pojawia się od razu po otwarciu oczu.

Często pracy musimy udowadniać, że nie jesteśmy gorsze.
Że ogarniamy.
Że dajemy rade.

Nikt nie wie, że pracuję po nocach. Nie mówię, że czasem nie daję rady. Nie mówię, że składam prezentacje, poprawiam strategie, projektuję grafiki i dopinam komunikację wtedy, kiedy dom już śpi. Marketing, komunikacja, projekty, koncepcje, slajdy, kolory, sensy, terminy. Wszystko musi się zgadzać. Wszystko musi wyglądać profesjonalnie. Nawet wtedy, kiedy we mnie jest chaos i zmęczenie.

Nie narzekam. Bo przecież nie mam prawa.
Bo co to za narzekanie, kiedy dziecko chore.
Bo przecież mimo trudnej sytuacji trzeba dawać radę.

I tak wstaję. Kawa stygnie szybciej niż zwykle. Jedna córka nie może znaleźć bluzy, druga mówi, że nie chce iść do przedszkola, bo „dzisiaj jest trudny dzień”. Jedną ręką zaplatam warkocz, drugą odpisuję na wiadomości. Głową już jestem w pracy, sercem próbuję być tu. Choćby na chwilę.

Dni w pracy są intensywne do granic. Analizy, decyzje, odpowiedzialność. Tworzenie prezentacji, które mają przekonywać innych, kiedy sama ledwo zbieram własne myśli. Grafiki, projekty, komunikaty, które muszą być spójne i dopracowane. Nie ma miejsca na słabość. Jest oczekiwanie, że zawsze dowiozę. Że się nie rozsypię. Że ogarnę.

Wracam do domu i czuję, że nie mam już z czego dawać. Kręgosłup przypomina o sobie przy każdym kroku. Głowa jest pełna hałasu, a jednocześnie zupełnie pusta. I wtedy widzę dwie pary oczu. One nie wiedzą, czym jest deadline. Nie wiedzą, dlaczego mama mówi ciszej niż zwykle. One chcą tylko, żebym usiadła obok. Teraz. Już.

Czasami siadam.
I płaczę.

Bez wielkich słów. Ze zmęczenia. Z przeciążenia. Z bólu pleców. Z tego ciągłego napięcia, że muszę być silna, bo nie mam wyboru. Czasami mam ochotę zostać w tym płaczu dłużej. I czasami zostaję. Bo to jest prawdziwe. I to nie czyni mnie słabszą. To tylko znak, że jestem człowiekiem.

A potem dzieje się coś bardzo cichego.
Mała głowa oparta o moje ramię.
Ciepła dłoń w mojej dłoni.

Bez pytań. Bez naprawiania. Bez ocen.

I gdzieś pomiędzy tym wszystkim, projektami, nocami bez snu, bólem pleców i cichym „mamo”, pojawia się coś bardzo ważnego. Delikatnego. Ciepłego. Coś, czego nie widać w kalendarzu ani w prezentacjach.

To moment, w którym zauważam, że nie muszę być idealna, żeby być wystarczająca. Że to, co robię, nawet jeśli chaotycznie, nawet jeśli zmęczona, ma sens. Że moje dzieci nie potrzebują mnie zawsze silnej. Potrzebują mnie prawdziwej. Obecnej na tyle, na ile dziś potrafię.

Uczę się mówić do siebie ciszej. Łagodniej. Z większą troską. Tak, jak mówię do nich, kiedy mają gorszy dzień. Bo ja też mam prawo mieć gorszy dzień. I to nie odbiera mi wartości, ani jako matce, ani jako kobiecie, ani jako profesjonalistce.

Czasem to właśnie ta zwykła, spokojna chwila, kubek ciepłej herbaty, głowa wtulona w ramię, kilka minut bez pośpiechu, jest tym, co naprawdę mnie ratuje. Przypomina, że nie wszystko musi być dziś udźwignięte. Że mogę się zatrzymać. Na chwilę. Bez poczucia winy.

Mamowa.pl powstała właśnie z takich dni. Z chwil pomiędzy pracą a przedszkolem, pomiędzy projektami a kolacją, pomiędzy łzami a uśmiechem. Z potrzeby powiedzenia głośno: jeśli dziś jest ci ciężko, nie jesteś sama.

Nie zawsze mamy siłę.
Nie zawsze mamy odpowiedzi.
Ale mamy bycie obok. Czasem ciche. Czasem zmęczone. Zawsze prawdziwe.

I może właśnie na tym polega siła. Nie na tym, że nigdy nie pękamy. Tylko na tym, że potrafimy być dla siebie dobre. Nawet wtedy, gdy świat wymaga od nas za dużo.

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.