Są takie urodziny, które planuje się tygodniami. Z listą gości, tortem z ulubioną postacią i balonami, które mają stworzyć ten klimat.
I są takie, które po prostu się wydarzą. Pomiędzy jednym badaniem a drugim. Pomiędzy nadzieją a strachem.
Takie były czwarte urodziny Mii.
Nie będę udawać. To nie był lekki czas. Czekanie na wyniki zawsze ma w sobie coś, co trudno opisać. To napięcie, które siedzi gdzieś z tyłu głowy, nawet kiedy próbujesz normalnie funkcjonować, nawet kiedy się uśmiechasz, bo przecież trzeba. Ale kilka dni przed urodzinami dostaliśmy coś, co trudno ubrać w słowa. Wyniki PET. Bardzo dobre. Nie mamy jeszcze wszystkich odpowiedzi, nadal czekamy na wyniki szpiku i wciąż jesteśmy w tej przestrzeni pomiędzy, ale te jedne wyniki były jak oddech po długim zanurzeniu, jak światło, jak prezent, którego nie da się zapakować w papier. I nagle te czwarte urodziny stały się inne. Nie chodziło o idealną dekorację ani o perfekcyjny tort. Chodziło o to, że możemy być razem, że Mia może się śmiać, że przez chwilę możemy odłożyć strach na bok, że ona może być po prostu dzieckiem. Bo dzieciństwo w chorobie wygląda inaczej, jest bardziej kruche, bardziej uważne, czasem przyspieszone, czasem zatrzymane, ale w takich momentach wraca. W śmiechu, w świeczkach na torcie, w oczach, które nie myślą o wynikach. I my też wtedy na chwilę wracamy do normalności. Nie wiem, co przyniosą kolejne dni. Nadal uczymy się żyć tu i teraz, bez wybiegów za daleko. Ale wiem jedno. Te urodziny były piękne. Bo były spokojniejsze, bo były lżejsze, bo były z nadzieją. A dla rodzica dziecka chorego to jest najcenniejszy prezent.
Jeśli jesteś teraz w tym miejscu, w którym czekanie jest trudniejsze niż cokolwiek innego, widzę Cię i ściskam.
Dodaj komentarz
Komentarze