Długo mnie tutaj nie było.
Nie dlatego, że nie miałam o czym pisać. Wręcz przeciwnie. Czasem w życiu dzieje się tak dużo, że słowa zostają gdzieś z tyłu. Czekają. A człowiek zamiast pisać, po prostu próbuje przetrwać kolejny dzień, kolejne badanie, kolejny telefon, kolejną kontrolę.
U nas ostatni czas był właśnie taki. Bardzo intensywny. Bardzo trudny. Pełen napięcia, którego nie da się porównać z niczym innym.
Mia miała podwójne badanie szpiku. Były kontrole, pobyty, stres, czekanie i ten rodzaj ciszy, który znają rodzice dzieci chorujących poważnie. Ciszy, w której niby robisz normalne rzeczy, ale tak naprawdę całe Twoje ciało czeka tylko na jedną informację.
I ta informacja przyszła.
Szpik Mii jest czysty.
Piszę to i nadal mam w sobie emocje, których nie umiem do końca nazwać. Płakaliśmy przez kilka dni. Ze wzruszenia, ze zmęczenia, z ulgi, z napięcia, które w końcu mogło choć trochę puścić. Cieszyliśmy się, ale tak ostrożnie. Po cichu. Jakby z lękiem, że jeśli powiemy to za głośno, coś się przestraszy.
Myślę, że wielu rodziców dzieci po różnych chorobach dokładnie wie, o czym piszę. To jest taka radość, która nie wybucha od razu fajerwerkami. Ona najpierw siada obok Ciebie bardzo cicho. Patrzy Ci w oczy i pyta: „Możemy już trochę odetchnąć?”.
I człowiek chce powiedzieć: tak.
Ale boi się.
Bo kiedy przez długi czas żyjesz między szpitalem, wynikami, badaniami, kłuciami i kontrolami, to organizm zapomina, jak wygląda zwykła radość. Radość bez dopisku „ale”. Bez sprawdzania, bez analizowania, bez czekania na kolejny wynik.
Dla Mii to ogromny krok do przodu. Nie tylko medycznie, ale też życiowo. Dla jej rozwoju, dla jej codzienności, dla jej bycia dzieckiem. Tak po prostu.
Bo dziecko nie powinno kojarzyć tygodnia z badaniem. Nie powinno znać tylu szpitalnych korytarzy. Nie powinno mieć w swoim małym świecie tylu słów, których nawet dorośli boją się wypowiadać.
A jednak wiele dzieci je zna.
Dlatego dziś najbardziej cieszą mnie te zwykłe rzeczy. To, że Mia jest w domu. Że może być z nami. Że może spędzać czas z siostrą. Że są momenty śmiechu, zabawy, zwyczajnego chaosu, jaki znają wszystkie domy z dziećmi.
Cieszy mnie to, że przez chwilę nie ma ciągłego kłucia, szpitali, badań i kontroli wpisanych w każdy oddech.
Cieszy mnie zwykły dzień.
Taki, który kiedyś może wydawałby się nudny. Dziś jest prezentem.
Nie piszę tego jako wielkiego podsumowania ani zamknięcia jakiegoś rozdziału. W takich historiach rodzic bardzo ostrożnie używa słowa „koniec”. Raczej uczymy się mówić: dziś jest dobrze. Dziś możemy oddychać. Dziś możemy być razem w domu.
I to „dziś” jest dla nas bardzo dużo.
Przez ostatnie miesiące nauczyłam się, że rodzicielstwo w chorobie dziecka to nie jest tylko walka. To też ogromna ilość czułości, cierpliwości i pokory wobec rzeczy, na które nie mamy wpływu. To życie od wyniku do wyniku, od kontroli do kontroli, ale też od małego uśmiechu do kolejnego małego uśmiechu.
Czasem ktoś pyta: „Jak Wy dajecie radę?”.
Nie wiem.
Chyba po prostu dajesz, bo musisz. Bo obok Ciebie jest dziecko, które patrzy Twoimi oczami, szuka w nich spokoju i chce wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Więc nawet kiedy w środku pękasz, próbujesz być dla niego bezpiecznym miejscem.
Dziś chcę napisać tylko tyle: mamy czysty szpik.
I choć nadal uczymy się cieszyć bez lęku, to jest to wiadomość, którą chcę zatrzymać. Dla Mii. Dla nas. Dla wszystkich rodziców, którzy właśnie czekają na swoje wyniki, na telefon, na opis badania, na zdanie, które może zmienić cały dzień.
Wiem, jak trudne jest to czekanie.
Wiem, jak trudno uwierzyć w dobrą wiadomość, kiedy wcześniej tyle razy trzeba było być silnym.
Ale dziś chcę zostawić tutaj trochę nadziei.
Czasem przychodzi taki dzień, w którym można naprawdę zapłakać z ulgi.
U nas właśnie przyszedł.
Mia jest w domu. Jest z siostrą. Jest z nami.
I to wystarczy, żeby dziś świat był trochę lżejszy.
Dodaj komentarz
Komentarze