Mia zaczęła przedszkole.
To jedno zdanie brzmi tak zwyczajnie. Tak codziennie. Przecież dzieci zaczynają przedszkole. Rodzice kupują kapcie, podpisują ubrania, pakują plecak, sprawdzają godziny, poznają panie i próbują oswoić nowy rytm dnia.
A jednak dla nas to nie jest tylko zwykły etap.
Dla Mii to ogromna zmiana. Weszła do istniejącej już grupy dzieci. Do świata, który miał swoje zasady, relacje, rytm i codzienność. Z miejsca, w którym przez długi czas była bardzo blisko nas, pod opieką jeden na jeden, z naszą uwagą, obecnością, troską, z obecnością cioć i dorosłych, którzy skupiali się mocno na niej, nagle trafiła do grupy.
A wejście do grupy nie zawsze jest łatwe.
My, dorośli, też dobrze to znamy. Nowa praca, nowe środowisko, nowe osoby, rozmowy, których jeszcze nie rozumiemy, zasady, które trzeba dopiero poznać. Nawet nam czasem trudno odnaleźć się w grupie. Nawet my czujemy stres, niepewność, zmęczenie, czasem wycofanie.
A przecież dziecko przeżywa to całym sobą.
Mia ma lepsze i gorsze dni. Są momenty, kiedy widzę, że coś ją cieszy, że bycie z dziećmi daje jej coś ważnego. Są też dni trudniejsze, kiedy emocji jest za dużo, kiedy nowość męczy, kiedy wszystko jest intensywne.
I ja to rozumiem.
Bo to jest duży krok.
Nie tylko dla niej. Dla mnie też.
Wiem, że bycie z dziećmi jest dla Mii dobre. Wiem, że potrzebuje rówieśników, zabawy, codziennych sytuacji, w których może obserwować, próbować, uczyć się relacji i budować swoją małą niezależność. Wiem, że przedszkole może być dla niej ważnym miejscem rozwoju.
Ale wiedzieć jedno, a czuć drugie, to czasem dwie różne rzeczy.
Bo kiedy jestem w pracy albo w domu i myślę o niej, we mnie nadal jest strach. Ten rodzicielski, cichy, uparty strach, który pojawia się przy każdej zmianie. Przy każdym sygnale. Przy każdej informacji, że był gorszy dzień, że było trudno, że płakała, że była zmęczona, że coś ją zabolało, że coś ją przerosło.
Po chorobie dziecka człowiek nie wraca po prostu do normalności. Nawet jeśli bardzo tego chce.
Normalność trzeba oswajać od nowa.
I czasem ta normalność też stresuje. Bo przedszkole, które dla wielu rodzin jest po prostu kolejnym etapem, dla nas jest trochę jak wypuszczenie dziecka w świat po bardzo długim trzymaniu go blisko. Blisko z miłości. Blisko z troski. Blisko, bo przez długi czas inaczej się nie dało.
Teraz uczymy się nowego.
Mia uczy się grupy.
Ja uczę się zaufania.
Do niej, że da radę swoim tempem. Do pań, że ją zauważą. Do dzieci, że znajdzie wśród nich swoje miejsce. Do życia, że nie każda zmiana musi oznaczać zagrożenie.
To wcale nie jest proste.
Czasem mam wrażenie, że rodzice dzieci po ciężkich doświadczeniach mają w sobie dodatkowy radar. Słyszą więcej. Widzą więcej. Analizują więcej. Jedno zdanie potrafi zostać w głowie na cały dzień. Jeden płacz potrafi uruchomić lawinę myśli. Jedna zmiana zachowania wystarczy, żeby serce zaczęło bić szybciej.
I choć wiem, że nie da się żyć bez lęku, uczę się, żeby lęk nie odbierał Mii prawa do zwykłego dzieciństwa.
Bo ona ma prawo do przedszkola.
Ma prawo do zabawy, do koleżanek i kolegów, do kłótni o zabawkę, do rysunków, piosenek, kapci, śniadań przy małym stoliku i tych wszystkich drobnych przedszkolnych spraw, które budują dziecięcy świat.
Ma prawo mieć gorszy dzień.
Ma prawo się złościć.
Ma prawo tęsknić.
Ma prawo próbować.
A ja mam prawo się martwić.
Myślę, że w tym wszystkim najtrudniejsze jest pogodzenie tych dwóch rzeczy. Tego, że chcemy chronić dziecko całym sobą, a jednocześnie wiemy, że rozwój dzieje się też wtedy, kiedy dziecko idzie krok dalej. Czasem bez naszej ręki. Czasem do sali, za której drzwiami zostajemy już tylko my, rodzice, ze swoim plecakiem emocji.
Patrzę na Mię i widzę, jak dużo już przeszła.
Widzę też, jak bardzo potrzebuje teraz zwykłości. Takiej dziecięcej, prostej, codziennej. Bez szpitalnych korytarzy, bez ciągłego napięcia, bez życia ustawionego pod badania i kontrole.
Przedszkole jest częścią tej zwykłości.
Może nie zawsze łatwą. Może czasem pełną łez, zmęczenia i przebodźcowania. Ale ważną.
Dla niej.
I dla nas.
Bo każdy taki krok pokazuje, że życie powoli idzie dalej. Ostrożnie, niepewnie, czasem z duszą na ramieniu, ale jednak idzie.
A ja stoję obok i uczę się być mamą, która nadal bardzo się boi, ale jednocześnie pozwala swojemu dziecku rosnąć.
Krok po kroku.
Dzień po dniu.
Z plecakiem do przedszkola, z emocjami większymi niż ona sama i z nadzieją, że w tej nowej grupie znajdzie dla siebie miejsce.
Swoje małe, bezpieczne miejsce wśród dzieci.
Dodaj komentarz
Komentarze